Krach rynku nieruchomości – to dosyć odważnie postawiona teza. Czy prawdziwa ? Przekonajmy się.
W dobie ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego stwierdzenie to nie zaskakuje. Ze wszystkich stron bombardowani jesteśmy informacjami o załamujących się rynkach, rekordowych spadkach indeksów giełd i ludziach tracących całe majątki. Naturalnie nasuwa się skojarzenie tych dwóch faktów. I tak jak obydwa te zjawiska są ze sobą powiązane, to korzenie kryzysu Polskiego rynku nieruchomości sięgają znacznie głębiej.
W ciągu ostatnich kilku lat byliśmy świadkami ekspresowej transformacji szarej i brudnej socrealistycznej Polski w kraj ze szkła i stali. Dzięki funduszom unijnym i napływowemu kapitałowi w miastach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać centra handlowe i nowe osiedla. Niestety za pięknymi i nowoczesnymi fasadami kryły się adekwatne do nich ceny. Wzrost był gwałtowny i cena metra kwadratowego mieszkania w dużym mieście na rynku pierwotnym sięgała nawet 20 tysięcy za metr (w Poznaniu). Polski rynek, na którym tego typu ofert do tej pory było znacznie mniej, zareagował entuzjastycznie. Wraz ze wzrostem standardu życia, Polaków zaczęło być stać na luksusowe apartamenty czy strzeżone osiedla. Posiłkując się prognozami dalszego wzrostu, by sprostać zwiększonym wymaganiom, developerzy zaczęli inwestować w kolejne projekty i sprowadzać więcej materiałów budowlanych. Nie najciekawsza była również sytuacja na rynku pracy – do powstania wszystkich tych projektów potrzeba było olbrzymiej siły roboczej, a ta co prawda była, ale na emigracji. Szły za tym kolejne koszta, wkalkulowane jednak w inwestycyjne plany. Niestety sytuacja miała się wkrótce zmienić – nieustanne podwyżki cen artykułów codziennego użytku takich jak chociażby prąd, benzyna i jedzenie sprawiły że sumy które zostawały w portfelach zaczęły niepokojąco maleć. Po chwilowym okresie hurra-optymizmu przyszedł czas refleksji i okazało się, że prognozy dla rynku są marne. Wraz z podnoszącymi się kosztami jak i nadciągającym kryzysem, pojawił się kolejny problem: kredyty. Do tej pory banki udzielały ich chętnie i z niską wpłatą początkową. Dzięki temu wielu którzy mogli kiedyś tylko o tym pomarzyć, było teraz stać na własne “m”. Jednak gdy tylko widmo kryzysu pojawiło się na horyzoncie, polityka banków uległa przeobrażeniu – wymagania które trzeba spełnić by dostać kredyt zwiększyły się, a wpłata początkowa wymagana przez bank sięga nawet 35% sumy.
Czy rynek się załamał? Słuchając pesymistów i patrząc na liczby, można tak powiedzieć. Tegoroczna sprzedaż mieszkań na rynku pierwotnym wynosi raptem 30% sprzedaży zeszłorocznej. W efekcie w ich rękach pozostają dziesiątki tysięcy mieszkań (w samym Poznaniu ponad 1100) wybudowanych po wygórowanych kosztach na które nie ma chętnych. Jak by tego było mało, przestraszone globalnym kryzysem banki zaczynają coraz odważniej upominać się o pieniądze – pieniądze pożyczone przez inwestorów na budowę. Sytuacja jaka w ten sposób powstała jest trudna tak dla kupujących jak i developerów. Ci pierwsi chcieli by kupić, ale nie mają za co. Ci drudzy chcą sprzedać, ale nie mają komu. Rozwiązaniem mogła by być drastyczna obniżka cen, na razie jednak najwidoczniej sytuacja nie jest na tyle dramatyczna by zmusić do tego inwestorów. Rozpoczęły się podchody i wyczekiwanie.
Specjaliści zapewniają że nie ma powodów do obaw i czarne wizje nawet kilku dziesięcioprocentowego spadku wartości nieruchomości można włożyć między bajki. Rynek pomimo znacznych fluktuacji się unormuje i spadki będą niewielkie. W obliczu pędzącego kryzysu i tragicznej sytuacji rynku nieruchomości w USA można jednak zadać 2 pytania: Czy eksperci nie bagatelizują problemu? Na ile ich spokojne i racjonalne wypowiedzi są odzwierciedleniem prawdy a na ile są ostatnią próbą ratunku rynku przed chaosem i paniką ? Czas pokaże.